Między buntem a posłuszeństwem

Mt 21,28-32

Powiedzieć dzisiaj, że posłuszeństwo jest miarą dojrzałości człowieka, to jak przyjść do kogoś w gości i zbić niechcący talerz czy flakon. Gospodarze popatrzą z wyrozumieniem, zapewnią, że nic się nie stało, ale swoje sobie pomyślą, by nie zapraszać gościa następnym razem. Bo któż może zdzierżyć głoszenie zasad oderwanych od rzeczywistości?

Po pokoleniu buntu późnych lat 60. ubiegłego wieku przyszły kolejne generacje. Owszem, bunt przeciw panującym zasadom i wartościom nie jest już tak w modzie. Ale zasiew wystawiania na piedestał postawy niezależności jako potwierdzenia dojrzałości wydaje kolejne owoce. Niestety, skażone.

Między fałszem a szczerością

Ewangeliczna przypowieść Jezusa o dwóch synach, z których jeden obiecuje ojcu, że pójdzie do winnicy, a nie idzie; drugi odmawia, ale w końcu decyduje się spełnić jego wolę, pasuje do wielu ludzi ze współczesnego pokolenia.

Czy nie lubimy się chować za etykietą? Czy nie budujemy słownego imperium naszej wielkości? Verba et voces, praetereaque nihil – mawiali starożytni – próżne słowa i nic więcej. Dzisiejsze media stanowią skuteczne narzędzie tworzenia naszego image, który może być dalekie od rzeczywistości. Podobnie, jak miłe były słowa: idę Panie, z którymi nie łączyła się postawa posłuszeństwa jednego z synów. A drugi syn, czy był lepszy?

Na pierwszy rzut oka był szczery. Nie chcę. Powiedział, co myślał, co czuł. Może wyraził swój bunt wobec ojca. Ale poszedł po rozum do głowy… i do serca. Zrozumiał, że bez relacji z ojcem, nie jest synem, nie ma domu. Nie ma korzeni, źródeł. Opamiętał się i poszedł. Za słowami nie była pustka, egoizm, uwielbienie siebie. Słowa: Nie chcę przykrywały niepokój, brak pewności, ale paradoksalnie także poszukiwanie, otwartość, zdolność do przemiany. Myślę, że wielu ludzi odnajduje się w postawie drugiego syna.

Między pustym słowem a dobrym czynem

Przypominają mi się słowa piosenki zespołu „Bank” (lata stanu wojennego): Ciągle ktoś mówi coś. Wyrażają rzeczywistość, w której wzrastamy, żyjemy, nie tylko młodych ludzi, ale także dorosłych.

Ciągle ktoś mówi coś / Ja naprawdę mam już dość / O zostawcie mnie już dzisiaj […] Wieczny wrzask dobrych rad / Gorszy jest niż krwawy kat / O, zostawcie mnie już dziś [..] / O, oddajcie mi moje spojrzenie na siebie / O, niech błędów choć kilka popełnię oddzielnie.

Każdy ma swoją miarę uczenia się rzeczy istotnych w życiu, popełnienia błędów i pojmowania zasad oraz swoją miarę opamiętania się. To, co określamy mianem nawrócenia nie oznacza tylko zgody na przyjęcie kary czy naprawę krzywdy. Nawrócenie stanowi odnalezienie w sobie samym drogi do źródeł, do korzeni i dzięki temu znalezienie celu. W sensie religijnym oznacza odnalezienie Boga jako Ojca. Odnalezienie Jego bliskości, która zawsze była blisko, ale trzeba było okrążyć świat i „stracić” wiele lat, by ją w końcu dostrzec.

Świat współczesny tonie w potopie pustych słów, a nawet pustych czynów. Nie utonie, jeśli człowiek, czyli każdy z nas, zachowa krytyczne spojrzenie odnośnie siebie. Nie potrzebujemy nieomylnych „kaznodziejów”, kanonizujących samych siebie formułą: „A nie mówiłem? Gdybyś mnie tylko posłuchał!” Oprócz krytycznego spojrzenia, potrzeba po prostu ludzkiej cierpliwości i zaufania Opatrzności.

Bunt ma smak zakazanego owocu, posłuszeństwo swe apogeum na Kalwarii. A my? Jesteśmy w drodze do winnicy Pana. Bylebyśmy nie ustali w tej drodze.

Ks. Andrzej Dobrzyński